Blog o technologiach frontend (javascript, html, css, react) oraz o tym co się zdarza w życiu informatyka.
środa, 2 października 2013
przemyslenia po pol roku pracy w DH
W poniedzialek zakonczylam oficjalnie okres probny, trwajacy pol roku, od 1 kwietnia. Przez ten czas zaliczylam Bootcamp, czyli robilam proste zadania z roznych dzialow, zeby zapoznac sie z aplikacja. Mialam swojego supervisora, ktory mi pomagal, mowil co i jak i wspieral w nierownej walce z nowa aplikacja. Zmienilam przynaleznosc chapterowa. Po kilku tygodniach doszlam do wniosku, ze bardziej bawi mnie frontend niz backend (zwlaszcza w jezyku ktorego nie znam) i zrobilam transfer z BE (backend) do FE (frontend). Z punktu widzenia obowiazkow zawodowych, nic sie nie zmienilo. Natomiast 10% naszego czasu pracy (4h/tydzien) mamy przeznaczac na samodoskonalenie, w czym nas wspieraja tzw Chapter Leaderzy. Najczesciej organizuja nam warsztaty, na ktorych cos cwiczymy (np pisanie testow jednostkowych), ogladamy i dyskutujemy (nagrania z konferencji czy innych wydarzen) czy dzielimy sie wiedza zdobyta na warsztatach/konferenacjach w ktorych uczestniczylismy (najczesciej finansowane to bylo przez firme). Wiec przeskok z Pythona na JS widze jako wielki plus :)
Udalo mi sie rowniez udowodnic swoja skutecznosc rozwiazujac mnostwo problemow, umiejetnosc wspolpracy z wieloma zespolami, i zaskarbic sobie sympatie najwyzszego technicznego bossa. To wszystko umozliwilo mi wywalczenie podzialu mojego czasu pracy pomiedzy dwa zespoly projektowe. Pierwsze pol roku uwazam wiec, za bardzo udane :)
A czym sie zajmuje na codzien? Pracuje w tzw. Country Team, czyli jednostce finansowanej przez kraje, w ktorych prowadzimy dzialanosc (w moim przypadku oplaca mnie Australia). Na poczatku bylam jedyna osoba dbajaca o Australie, od kilku miesiecy mam "wspolnika", ktory przejal backend a ja sie skupiam na sprawach frontendowych. Na poczatku zajmowalam sie glownie bugfixingiem, ale teraz wiekszosc mojej pracy to dokonywanie zmian lub dodawanie nowej funkcjonalnosci. Najbardziej mnie bawi grzebanie w istniejacej strukturze JS (Backbone, node.js i milion bibliotek) i dodawanie nowych rzeczy tak, zeby sie ladnie komponowaly z caloscia, bez utraty modularnosci.
piątek, 8 marca 2013
Zatrudniamy webdeva - kwiatki
Jednym z wymagan jest bardzo dobra znajomosc JavaScriptu...
Ja: Prosze podac przyklad na roznice w interpretowaniu kodu JavaScript przez IE7 i inne przegladarki. Wystarczy jakis jeden, z jakim spotkal sie pan w trakcie swojej pracy.
Kandydat: Ja pisze w jQuery i nie mialem takich przypadkow, bo ta biblioteka zapewnia zgodnosc z IE7...
wtorek, 19 lutego 2013
zatrudniamy webdeva, cz. 2
Babka sensowna, z frontendowym doswiadczeniem, wygladalo ze pasuje. Facet wydal mi sie dziwny, zajmowal sie developerka backendu, administrowaniem serverami luínuxowymi i pisaniem aplikacji na telefony komorkowe. Nasi dwaj backendowcy odebrali to calkiem inaczej. Po rozmowie z facetem, jak na skrzydlach przylecieli zeby dac mu test i juz prawie witali go w teamie. Oczywiscie na moje 'ale', ze facet nie ma slowa o frontendzie w CV, zostalo zakrzyczane, ze przeciez uzywal mobile jquery w swoim projekcie... I ze jak ktos uzywa biblioteki napisanej w JS to musi znac JS...
No coz, chwile pozniej przezylam szok. Jakims cudem udalo im sie zaprosic oboje kandydatow nie tylko na ten sam dzien, ale i na te sama godzine. Babke posadzili przy komputerze, dali kartke z zadaniem i zaprosili faceta na interview. Patrzylam na to lekko zaskoczona. Interview w sprawie stanowiska dla webdeva przeprowadzali: project manager i dwaj backend developerzy. No coz. Doszlam do wniosku, ze tak ma byc, nie potrzebuja mnie przeciez, zeby sprawdzic pozioom wiedzy kandydata.
Babka posadzona przy tescie walczyla z linuxem, wieszajacym sie nano i myszka ergonomiczna (ktora dla osoby niewprawnej w jej uzywaniu jest koszmarem). Oczywiscie przy zapraszaniu na rozmowe nikt nie spytal o srodowisko, w jakim najchetniej pracuje kandydat, bo skoro nasi backendowcy pracuja na linuxie, to reszta swiata tez musi. Pierwsze zadanie dosc proste, ot wczytac plik csv i cos tam z danymi zrobic w php. Tylko po co frontendowcowi umiejetnosc wczytywania plikow csv w php? Niewazne. Drugie zadanie - ten sam plik csv tylko wczytac go w jquery i wyswietlic w html. Do tego nie zdazyla dotrzec. Nano zwiesilo jej terminal, trzeba bylo wszystko restartowac. Po 15 minutach panowie wrocili z rozmowy z kandydatem, posadzili go przy kompie i zabrali panienke na rozmowe.
A ja z koleznka wybralam sie do sklepu po cos na obiad. Jak wrocilam Meksykanin wciaz biedzil sie nad zadaniem, babka zniknela. Po skonczeniu pierwszego zadania kandydat trafil na rozmowe z nasza dyrektor zarzadzajaca, po czym posadzili go do drugiego zadania. Moi backendowcy byli coraz mniej szczesliwi. Poziom ich euforii siegnal gruntu w momencie, gdy facet objasniajac jak zrobil zadanie drugie rzucil haslem odnosnie jakiesj funkcji w jQuery ze on nie wie jak to dziala. Pelna zalamka.
Koniec koncow dowiedzialam sie, ze babka uciekla. Nie czula sie komfortowo z niedzialajacym linuxem i praca z backendem.
cdn...
niedziela, 17 lutego 2013
zatrudniamy webdeva...
Radosna nowine przekazalam mojemu szefowi w tygodniu poprzedzajacym swieta. Oczywiscie mailowo, bo przez 3 dni nie moglam go zlapac osobiscie. Zlozylam w sekretariacie papier, wyslalam mu maila i zadowolona usiadlam za biurkiem. 3 miesiace wypowiedzenia w perspektywie.
Pozniej byly swieta, na 3 dni po nowym roku nie bralam urlopu chcac miec go wiecej na koniec marca. Tak wiec przydreptalam do pracy i dziarsko wzielam sie za zadania z jiry. Moj szef zaprosil mnie na rozmowe, na ktorej dosc dokladnie wypytal mnie co to za firma (toz to nie tajemnica, umowe mam podpisana, to moge mu powiedziec :P), jakie warunki (i nawet nie o finanse pytal, tylko o czas pracy, bo z racji posiadania przedszkolaka w domu czasami siedze dluzej, a czasami wychodze wczesniej i gnam na zlamanie karku do przedszkola, zeby ja odebrac przed 17). W koncu padlo sakramentalne pytanie, czy moga cos zrobic, zeby mnie zatrzymac. Z lekkim usmiechem odpowiedzialam, ze chyba nie bardzo, bo juz podpisalam umowe. Przyjal do wiadomosci
Pracuje nad jednym z najwazniejszych projektow frontendowych od dosc dlugiego czasu. I jeszcze kilka miesiecy sie na to zejdzie. Projekt polega na przedarcie sie przez gaszcz warunkow w kodzie php, ktory produkuje kod html i js, i zmiane html i js na cos, co sie pieknie nazywa responsive design. Cel jest dosc prosty, bez tworzenia subdomeny dla urzadzen mobilnych dac dwa layouty w jednym. Pracy tyle, ze czasami to juz mi sie nie chce. Ale jestem na finishu, wiekszosc zrobiona. Przynajmniej dla jednej podstrony.
Na poczatku stycznia okazalo sie, ze:
a) nasz CEO znika na urlop wychowawczy do konca marca
b) nasza dyrektor zarzadzajaca wraca z macierzynskiego, ale tylko na jeden dzien w tygodniu, ale za to bedzie pod mailem i telefonem!
c) nikomu sie nie spieszy z zatrudnieniem nowej osoby na moje miejsce (przeciez maja tyle czasu).
I owszem napisalismy oferte i wywiesilsmy ja na naszej stronie. I sobie wisi, porawie w sumie niewidoczna. Moja propozycja umieszczenia oferty na LinkedIn czy innym Xing wywolala entuzjazm (co to jest 150€ za miesiac wiszenia ofertty w porownania do prowizji, jaka agencje pobieraja) i na entuzjazmie sie skonczylo.
Mamy juz luty. Poki co nie mamy zadnego konkretnego kandydata. Mimo olbrzymich kosztow dyrektor zarzadzajaca sie zlamala i dala zlecenie agencjom.
cdn...
wtorek, 11 września 2012
rekruterska akwizycja
poniedziałek, 10 września 2012
Goraco...
Kilka miesiecy temu przeprowadzilismy sie tu i... w upalne dni, nie dalo sie wytrzymac. Najpierw wschodnia strona biura nie dzialala, pozniej moja, czyli zachodnia. Masakra. Kilka dni temu na zewnatrz bylo kolo 10 stopni, padalo i wial chlodny wiatr. Sciany wychlodzily sie momentalnie i ciagnelo od nich zimnem... Siedze obok okna i kaloryfera. Mam nadzieje, ze zima beda grzali na pelen sicher, bo inaczej ja tu uswirkne z zimna.
Poki jest goraco radzimy sobie za pomoca wentylatorow, ale co tu sie bedzie dzialo, jak temperatura spadnie ponizej 0 to nawet myslec nie chce :P
czwartek, 30 sierpnia 2012
Impreza firmowa
Calosc startowala o 19 w jakims tajemniczym miejscu (dopiero wczoraj tuz przed wyjazdem dostalismy na maila mapki z trasa dojazdu i powrotu). Od 17 w firmie zapanowalo kompletne rozluznienie. Ludzie snuli sie grupkami i zywo rozmawiali, komputery powoli byly wylaczane a ostatnie spotkania konczone. Wreszcie o 18 zapakowalismy sie w 4 autka i w droge.
Dojazd (na kompletne peryferia Berlina, gdzies na polnocy) zajal nam kolo 40 minut. Dojechalismy i... och... Wszystkim wyrwalo sie zduszone westchnienie. Naszym oczom ukazal sie tor wodny, z wyciagiem i linkami (cos jak kolejka orczykowa dla narciarzy). Narty wodne.
Osoby zainteresowane (wiekszosc) wskoczyla w stroje kapielowe (jak sie dowiedzielismy o tych strojach to snulismy domysly, miedzy innymi pojawila sie sugestia, ze to bedzie nurkowanie z rekinami :D), wypozyczyla (w zastaw za imienny dokument, ja dalam karte ubezpieczeniowa, bo ambitnie zadnego id ze soba nie wzielam) piankowy kombinezon, kask i kamizelke, pobrala sprzet (narty) i zaczelismy nauke.
Najpierw Panowie zafundowali nam krotkie szkolenie, jak startowac, co kiedy robic i takie tam. Wiedza teoretyczna to jedno, a zastosowanie jej w praktyce to cos zupelnie innego. Ustawilismy sie w kolejke i wystartowalismy, po kolei w odpowiednio duzych odstepach, zeby w razie wywrotki jeden drugiemu krzywdy nie zrobil.
Przyznam sie bez bicia, ze moje umiejetnosci narciarskie jakies tam sa, ale tutaj, to pierwsze szarpiecie na starcie powodowalo, ze lezalam jak dluga w wodzie. Ale mili Panowie z obslugi i na taka sierote, jak ja, byli przygotowani. Dostalam duza szeroka deske, wylozona miekka guma, na ktorej sie klekalo. Bingo :D. Z tym juz sobie poradzilam i wykonywalam 3/4 toru... niestety na ostatnich lukach szarpiecia, gdy linka przeskakiwala, byly tak silne dla mnie, ze nie dawalam rady.
Ale co tam, po wywrotce, zbieralo sie sprzet i plynelo do brzegu. Tam w niewielkich odstepach lezaly maty, z progami o ktore mozna bylo zaprzec stopy i wdrapac sie na brzeg. Brzeg wylozony byl kamieniami, wiec trzeba bylo korzystac z mat, a maty, mimo progow sliskie byly jak jasna cholera :D, wiec kupa smiechu byla nawet z samego wypelzania z wody.
Od godziny 19 osrodek byl zarezerwowany tylko dla nas. Dwaj Panowie z obslugi toru byli tylko dla nas, smiali sie i zartowali razem z nami. Obaj mowili plynnie po angielsku, co stanowilo dla naszej mieszanej zalogi zasadniczy plus. Tor byl czynny do 21.
Od 19 mielismy dostepny bar z napojami (poza twardymi alkoholami, schwepsem i redbullem), o 21, jak zamkneli tor, otwarto kuchnie, czyli olbrzymi buffet z grillowanym miesem, warzywami, salatkami, pieczonymi ziemniakami, owocami i deserem panna cota. Jedzenie bylo przepyszne, a wczesniejszy wysilek skutecznie podbudowal apetyty. Jednak mimo wszelkich wysilkow nie udalo nam sie zjesc wszystkiego.
Impreza byla swietna, bawilismy sie przednio (nawet ci, ktorzy z roznych powodow zostali na brzegu), smialismy sie non stop. Ludzie, mimo iz spedzaja ze soba 8-9 godzin dziennie chetnie rozmawiali na rozne tematy, rowniez zahaczajace troche o prace. Firma wykazala sie pelnym zrozumieniem i bez oporow dala cale lub pol dnia wolnego na dzis dla wszystkich chetnych :)
To byla najlepsza integracja, jaka widzialam. Zadnych wymuszonych zabaw, ot zespol (zaproszenie dostaly nawet osoby, ktore dopiero zaczna z nami prace (maja juz podpisana umowe) jak i te, ktore odeszly od nas na przestrzeni ostatnich miesiecy) bawil sie, jadl i pil razem. Kazdemu kibicowalismy i nagradzalismy brawami i okrzykami zarowno udane starty jak i te zakonczone kapiela :)
Bylo genialnie, juz nie moge sie doczekac imprezy za rok :D
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Nadgorliwy rekruter
Kilka dni temu nawiazal ze mna kontakt niejaki James z firmy rekrutacyjnej. Zafascynowany moimi osiagnieciami (w sumie to nie do konca rozumiem w czym rzecz, 12 lat doswiadczenia brzmi dumnie, ale bez przesady) zaczal sie dopytywac czego szukam. Pierwszy zonk zaliczyl na samym poczatku rozmowy, albowiem stwierdzilam, ze nie szukam pracy. Co prawda mam profil na linkedIn i monsterze, ale pracy nie szukam, bo obecna mnie satysfakcjonuje.
Mam wrazenie, ze to co powiedzialam nie miescilo sie mu sie w glowie, ale nie dyskutowal ze mna, tym bardziej, ze dodalam, ze jestem otwarta na nowe mozliwosci, o ile beda ciekawe i rozwijajace, zwlaszcza w zakresie Agile a dokladniej Scruma.
Wyslalam mu swoje CV, probke kodu i... nastepnego dnia (czwartek) zadzwonil, ze wyslal moje CV do jakiejs firmy i ze chca sie ze mna spotkac, najlepiej teraz zaraz. Powiedzialam, ze jak teraz zaraz to zeby wyslal mi opis stanowiska i nazwe firmy i w piatek po 12 moge sie przejsc. Przemilczalam fakt, ze bardzo mi sie nie spodobalo, ze wyslal moje CV bez uprzedniej konsultacji. W sumie w obecnej firmie pracuje tylko dlatego, ze Andy zrobil dokladnie to samo.
Kilka godzin pozniej James zadzwonil ponownie. Druga firma chce ze mna gadac. Odmowilam drugiego interview w piatek i ustawilismy rozmowe przez skype w poniedzialek. Dopiero w piatek rano mialam czas zeby wreszcie dokladnie przyjrzec sie wymaganiom na stanowiska, na ktore wyslal moje CV. Szczerze mowiac szlag mnie trafil. Napisalam mu, ze nie spelniam podstawowych wymagan (bardzo dobra znajomosc Zend Framework i TDD) i ze uwazam, ze powinnismy odwolac obie rozmowy. Chwile pozniej zadzwonil. Probowal mnie przekonywac. Wiec wprost powiedzialam, ze te oferty nie sa niczym specjalnym. Ot kolejne oferty dla Senior PHP Developera. Nie ma w nich niczego, co mogloby mnie skusic, zebym myslala o zmianie pracy.
Na Jamesa podzialalo to jak plachta na byka. Argumentowal, ze o tym, co firma moze mi zaoferowac, dowiem sie na rozmowie. Na moje pytanie po co tam mam isc skoro w opisie stanowiska nie bylo niczego, co mogloby mnie zainteresowac i dodatkowo nie spelniam podstawowych wymagan stwierdzil, ze przeciez opis stanowiska jest ogolnymi wytycznymi i ze jesli firma po obejrzeniu CV chce ze mna rozmawiac to powinnam isc.
Rozmawialismy chyba ze 20 minut. Do Jamesa nie docieral fakt, ze Zend Framework jest podstawowym srodowiskiem, w jakim firma pracuje, wiec nie przyjma mnie na stanowisko senioralne, co najwyzej zanotuja co umiem i wrzuca w baze danych. A nie o to mi chodzi i nie chce marnowac swojego czasu i dwoch CTO. James byl jednak nieprzejednany. Uparl sie.
Koniec koncow wprost mu powiedzialam, ze to nie sa stanowiska, ktorych szukam. Ze czuje, ze do nich nie pasuje, a jako, ze mam prace, to nie chce sie zmuszac. James sie chyba wkurzyl, bo mi wygarnal, ze go rozczarowalam. Na moja slaba obrone, ze powinien mnie najpierw spytac zanim gdziekolwiek wysle moje CV dowiedzialam sie, ze nie to jest tematem rozmowy. Dodatkowo rzucil, ze w ten sposob postepujac nigdy nie znajde pracy (przeciez ja nie szukam pracy...) a on nie chce miec z tym nic wspolnego i odwoluje moje spotkania.
Tak wiec piatek mialam wolny, dzisiejszy wieczor tez. James sie do mnie nie odzywa, a ja realizuje w pracy kolejny projekt.
Tylko skad sie biora tacy nawiedzeni rekruterzy?
środa, 6 czerwca 2012
Nocne przemyslenia
wtorek, 5 czerwca 2012
po przerwie :)
wtorek, 5 lipca 2011
Kwiatek z wczorajszego dnia
poniedziałek, 4 lipca 2011
pierwszy dzień w nowej pracy
W kuchni olbrzymia lodówka (na razie siedzą tu 3 firmy-siostry), kuchenka mikrofalowa, expres do kawy z mnóstwem wynalazków, 2 misy z owocami regularnie napełniane. Każda z osób pracujących na piętrze ma swój dzień, gdy dyżuruje w kuchni. Dyżur polega na wkładaniu naczyń do zmywarki, a później ich wyjmowaniu i czasami przetarciu szafek.
W pracy byłam o 9:30. Dostałam czyjś komputer, bo mój mieli dowieźć. Przez pierwsze 3 i pół godziny czytałam dokumentację do Gita a później trochę poczytałam o Wordpressie. O 13 poszłam z ludźmi na lunch, ale zamiast jeść napiłam się China Town (Shweppes Ginger Ale ze świeżym sokiem z pomarańczy i imbiru). Gdy wróciliśmy o 14 dostałam komputer. Ładne, porządne pudło z 4 GB ramu i jakimś fajnym (podobno) prockiem. Podpięłam kabelki, włączyłam i... o zgrozo, zaczął instalować się Windows 7. Dobrze, że Professional, bo chyba zawału bym dostała.
Uderzyłam do Szefa z prośbą o jakieś CD, czy DVD, to ściągnę instalkę do Ubuntu, wypalę i postawię system. I się zaczęło. W całym openspace'ie NIKT nie miał płytki na zbyciu. Dostałam laptopa Szefa i dalej wgłębiałam się w literaturę fachową a mój Szef latał i załatwiał płytkę i instalkę do Ubuntu. Koniec końców trafił do kafejki internetowej. Ściągnął instalkę na USB, przestawił mi bootowanie na USB w biosie i... wystartował Windows. Tak poćwiczyliśmy jeszcze ze 4 razy, aż Szef się wpienił i poszedł do kafejki wypalić płytkę. Przyszedł z płytką. Zmieniliśmy bootowanie na napęd CD/DVD, włożyłam płytkę do napędu i... Windows.
Postanowiłam odpalić płytkę z Windowsa. Załadowałam system, włożyłam płytkę ponownie i... nic. Eksploruję zawartość płytki i co widzę? plik .iso... Mój Szef zamiast wypalić obraz płytki wypalił plik .iso...
Po zastanowieniu doszedł do wniosku, ze nie ma więcej płytek... Więc właśnie wypaliłam sobie instalkę Ubuntu na płytce i spakowałam, żeby nie zapomnieć do pracy.
Wyszłam o 18 choć miałam siedzieć do 18:30... ale co miałam, nudzić się? Szef zabrał laptopa, bo mu potrzebny. A ja na Windzie nawet netu nie miałam...
poniedziałek, 27 czerwca 2011
zmieniam pracę
Jednak w tzw. międzyczasie zmieniła się trochę nasza sytuacja i chcę mieć normalną pracę na cały etat przyzwoicie płatną. Najmłodsza ma załatwione przedszkole obok domu - teraz też chodzi do przedszkola, ale do polskiego i jest czynne zbyt krótko jak na nasze potrzeby, no i jest trochę dalej. Jakieś 10 minut spacerkiem dalej Starsza ma szkołę. Tak więc wracając ze szkoły mogłaby odbierać Najmłodszą i mogą razem wracać (spacerkiem, albo jeden przystanek autobusem).
W każdym bądź razie zaczęłam się rozglądać. Wysłałam CV na ofertę firmy XYZ, którą znalazł mój ślubny i... w następnym tygodniu umówili się na rozmowę. Do końca czerwca mam tydzień wypowiedzenia, później miesiąc. Uprzedziłam moich rozmówców i... cisza. W zeszłym tygodniu w czwartek - telefon. Chcą podjąć ze mną współpracę na zaproponowanych przeze mnie warunkach. Uśmiałam się w duchu. Czekali praktycznie do ostatniej chwili. W piątek przed pracą odbyłam z nimi jeszcze jedną rozmowę. Po czym poszłam do pracy i powiadomiłam mojego przełożonego, że rezygnuję.
No i się zaczęło. Oni nie chcą, dobrze im się ze mną pracuje i w ogóle. I mam przedstawić swoją wizję pracy. No to przedstawiłam, podałam kwotę o 3k euro w skali roku wyższą, niż to co miałam dostać z XYZ i wysłałam mojemu szefowi w piątek wieczorem.
Dziś XYZ przysłało mi umowę na maila. A szef mojej firmy stwierdził, że po dwóch miesiącach współpracy i to na pół etatu on nie może zdecydować się na zatrudnienie mnie na cały etat, bo jeszcze nie może ocenić moich możliwości. A poza tym zaproponowałam taką kwotę na jaką ich nie stać. Grzecznie powiedziałam, że rozumiem, dlatego złożyłam wypowiedzenie a nie zapytanie, czy mogą mnie zatrudnić na stałe. Dowiedziałam się, że chcieliby żebym skończyłą praktykę. Jednak grzecznie, ale stanowczo odmówiłam i pracuję tylko do czwartku. W piątek mam wolne. A 4 lipca (btw. piękna data w USA) zaczynam w XYZ.
A Starsza zdaje w tym tygodniu egzaminy. Dwa już zaliczone, na 4.